Bezimienna moją ma twarz

Wpis przeczytany: 162 razy

 

Sentymentalnie w ten piękny, letni dzień chciałabym podarować wam historię, historię upadku, bolesnego spadania na dno, historię dziewczyny o niebieskich oczach, która mimo wielu wichrów,wciąż potrafiła te oczy otworzyć, dostrzegać piękno i sens. Opowieść o wykolejeniu życiowym, o trudach dnia, kiedy toniesz. Tylko po przejściu przez swoje ciemności, możesz dojść do miejsca, w którym olśni Cię blask serca, świata, Ciebie, tylko poprzez tę drogę, możesz spotkać siebie, odkryć kim jesteś.

Czasem Bóg zsyła nam wielkie, czarne połacie życia, właśnie po to, by doprowadzić nas do siebie.

Opowieść została napisana trzy lata temu, inspirowana była fragmentem ewangelii o kobiecie krwawiącej, chorej, która szła za Jezusem, za tłumem, powtarzając wciąż słowa, bylebym się jego płaszcza chwyciła, a będę uzdrowiona. Opowieść ta nie zachowała się w całości ,w czasie przeprowadzki z kartki, do komputera, z różnych przyczyn… Został niedokończony utwór, stąd te kilka słów wprowadzenia. Nie chciałam nic zmieniać, bo dziś jestem kimś innym, i tak wiele zmienił czas, i odeszła ma ukochana Sonia, i przyszły inne boleści, a inne uwolnił Bóg i obdarzył Aniołami, ale zapraszam was  na pierwszą cześć losów Bezimiennej.

Kim jest bezimienna ? Co zrobisz, kiedy spotykasz ją pośród ulic dnia ?

Opowiem Ci…

 

Są w naszych sercach historie głęboko ukryte, które spychamy na dno szuflady, gdzieś głęboko w nibylandię, są w naszych duszach takie miejsca, które oklejamy czarnymi taśmami, by nic nie mogło się z nich wydostać na zewnątrz, kleimy mocno udając, że ich nie było, albo były, ale inne, jakoś mniej mroczne. Jest w nas wstyd, upokorzenie i żal, że to właśnie nam przytrafia się coś, co chcemy wyprzeć, oddalić, odepchnąć ten zły los.

Kim jesteśmy dzisiaj? My, współcześni bohaterowie tego dnia? Ubrani, uczesani, ze świetną pracą, domem wypełnionym elementami z promocji lub lepiej magicznej karty kredytowej, która wszystko nam da, z szybikm autem, wakacjami w orientalnym raju, bez problemów, uśmiechnięci i bez bólu, niewygody, wpatrzeni w ekranowe szkła telewizorów, komputerów, chcemy, by nasz świat był ładny, normalny, mieścił się w tych narysowanych ramach, przynależność, praca, fajny czas i ” modny ciuch, i dobry but, i jeszcze , żeby stał się cud”. Nie chcemy być gorsi, od pani z reklamy , której świat zanurzony jest tylko w błękicie. My kalecy emocjonalni, którzy nie słyszą swego oddechu, boją się pragnień serca, zagłuszamy głos sumienia, by tak jak wszyscy normalnie żyć, by być jak bohaterowie z naszych szklanych kul. Co zrobimy, gdy przytrafi się nam coś niewygodnego, coś, co trudno zakleić naklejką szczęścia. Co odkryjemy po drodze na swoją pustynię? My ludzie wielcy, my ludzie mali. Gdy spadnie na ciebie wielki kamień zła, co zrobisz? Jak przejdziesz, gdy nie będziesz miał sił, by wstać? Jak uwierzysz, że można? W co uwierzysz, by żyć? Są opowieści, które domagają się uwolnienia z czarnego strumyka, gdzieś z otchłani serc, w których nie ma wielkiego smoka, ani fali tsunami. Są opowieści zwykłe, ciche, o lęku, bólu, odrzuceniu, o tym, że nie jesteś człowiekiem z obrazka kolorowego, który wymyślił Ci współczesny świat, o Twoim wstydzie, porażkach, upokorzeniach, z którymi nie lubimy stawać twarzą w twarz. Gdzie wtedy szukać łaski i słońca? Gdzie po spokój serca iść? Czym nakarmić głodne spojrzenie, czym wtedy żyć? To opowieść o dziewczynie najzwyklejszej jak każda z was, która przewracając się, gdy nikt nie patrzy,chwyta Jego płaszcza i czeka na słowa-” Córko wstań”. Głos poniżonych i uciśnionych w zwyczajnych sprawach naszego dnia, w naszych dramatach i w naszym trądzie, od którego tak strasznie chcemy uciec, gdy życie wyrzuca Cię poza burtę, jak wtedy nie utonąć każdego dnia? To opowieść, by wlać w wasze serca szczyptę światła, ocalić słowem choćby jednego z was.

Otwieram oczy i znów chcę je zamknąć. Kolejny dzień. Już jestem zmęczona i nie chce wstać. Całe ciało boli z bólu. Jak na imię ma ten ból? Odrzucenie, porażka, dlaczego do cholery? Gdzie jest Bóg? Zaczyna się jesień. Powietrze coraz cięższe, chłodniejsze, kłuje mnie. Odwrócona bokiem leży ona -mój przyjaciel, moje szczęście, mój pies. Czasem myślę , że w zwierzętach jest więcej miłości niż w ludziach, są bezbronne, oddane, nawet gdy masz podły czas,on zawsze z rozbrajającą szczerością, tym pieskiem spojrzeniem w którym toniesz z miłości, zawsze z Tobą jest. Dziś rzadko nas stać na takie oddanie, szczerość, bezwarunkową miłość, niewiele chcemy dziś z siebie dać. I muszę się zwlec z tego łóżka, wyjść z nią, nakarmić, podać leki, bo chory ten mój przyjaciel na padaczkę, kilka razy wyrwany śmierci z rąk, ale jest. Dobra, zwlekam się na te wylniałe trawniki, gdzie moja Sonia chodzi pomału koślawym krokiem i patrzę na nią, i myślę, po co mi kolejny dzień? Co z nim zrobić? Jakie cele postawić, jakie kroki? Gdzie on jest? Czemu milczy Bóg, gdy tak prosimy, by był? Kolejny dzień cichej rozpaczy, pustki, niebytu, tej pustyni, którą przetrwał On, na której umieram ja. Co mamy zrobić z tym czasem, kiedy tak doświadcza nas Bóg?

Kim jestem? Może szczupłą brunetką, no dobra lekko kasztanową z pięknymi oczami, które chcą ogarnąć cały świat, zrozumieć, przeniknąć, odnaleźć, wejść w niego, zanurzyć się w milionie niezwykłych spraw. Akwamarynowy błękit oczu tych, niedookreślony, pełen tęsknoty, czasem przezroczysty jak morski Anioł Stróż. Oczy, które patrzą w dół brak im sił, by wzbić się w niebo, brak im sił. Wzrostu jestem średniego, niektórzy mówią, że ładna, zresztą jakie znaczenie ma wzrost, kształt moich ust,kiedy dusza moja umiera, od wewnątrz zżera mnie i jątrzy jakiś zgniły skurcz, wylewa się ze mnie na całe ja. Nie, nie jestem jakoś okropnie chora a przynajmniej nic o tym nie wiem, kiedy to piszę, owszem mam jakieś dolegliwości, czasem bolesne, ale czym one w tej chwili są. Od kilku lat zmagam się z czymś innym, z tym, że nie mam nic, ale od początku.

Z rodzinnego miasteczka, prowincjonalnego jakich w Polsce jest wiele z ratuszem na rynku do którego łatwo trafić, bo ulice noszą nazwy coraz ważniejszych wydarzeń i nazwisk,otoczonej jeziorami błogi spokój, błogi świat, gdzie nikt się nie śpieszy, gdzie zna się imiona sąsiadów, i ja w nim od małego niespokojnie drżę, coś mnie wierci, coś mnie uwiera za mały dla mnie, ten dziś najpiękniejszy świat, gdzie z mamą lepimy drożdżówkę, gdzie babcia nakarmi nas zupą, której smaku będziemy szukali bez końca, gdzie dziadek zabierze na sanki, gdzie z siostrą mkniesz poprzez las i kundel bury, który też jak co drugi na osiedlu Dżeki się nazywał, od dziecka mam miłość do psów. Bajkowy ten we wspomnieniach świat. Wyjeżdżam na studia artystyczne. Tak, chcę być artystką. Z tego czasu niewiele pamiętam, nieświadomy byt. Jestem głupią, nieco rozwydrzoną panną z lukami w edukacji, bo ” artyści” często wiedzą niewiele, poza tym, że Mi, Ja, Sobie, We Mnie, Mną. Największa banda egocentryków jaką znam, a ja? Ja na początku trochę też, tylko później już wiem, że czym innym jest świat. Ale w mojej rodzinnej krainie rodzi się to marzenie, żeby być aktorką. Mój Boże, czym jest aktorów świat. Kiedy miałam jakieś pięć może sześć lat na dzień dziecka organizowano akademie. Jak to dzisiaj dziwacznie brzmi. Mówiłam wierszyk, nie pamiętam co, ale pamiętam, że przedszkolanka dała mi mikrofon do ręki i cały tłum ludzi słuchał tylko mnie, małej dziewczynki, która stoi na środku placu, wtedy ta magia dotknęła mnie, wtedy pierwszy raz stałam się Alicją z krainy czarów, z magiczną różdżką, która zabierała mnie na drugą stronę lustra, powiesz coś uśmiech ludzi,szczęśliwe twarze i zrozumiałam, że słowo wielką ma moc.

Po studiach dostaję wymarzoną pracę, i żyję, i tworzę tak wiele lat. Aż przychodzi ten dzień kiedy dyrektor na rozmowie bez metafor wrzeszczy Won. Po dziewięciu latach drze moje życie na strzępy, rozwala mi cały utkany z marzeń świat-Redukcja etatów, moje odpowiedzi,- że teatr nie ma etatów, na których jedna z aktorek ma angaż na famme fatale, a druga na kopciuszka, więc grzecznie pytam dlaczego ja, mam dobre recenzje, nagrodę, i takie tam, nic to nie wnosi bo mój dyrektor wrzeszczy tylko won, won. Teatr świątynią sztuki. Redukcja etatów jak to zabawnie brzmi, redukować sopran czy bas, Kasię co zagra Wernyhorę czy Zuzię co Pipi Lanstrung ma być. Redukcja etatów czym jest? Jest odstawaniem od głupio śmiejącej się grupy, która klaszcze jak wynajęty niegdyś klakier na każdy żabi rechot swego kapitana, jest wycofaniem, gdy nie nie pękasz ze śmiechu, bo dyrektur rozbija plastikowy samolocik o, tupolew i znów rechot, tępy, świński śmiech. Często krąg klawnów i maskarady, gdzie musisz dużo palić i pić, i oczywiście długie debaty, gdzie na miejscu pierwszym niezmiennie króluje Ja, we mnie, do mnie i mną. To pewna postawa, która wyklucza Cię z głupoty, chamstwa, pazerności, bezczelności, bo można inaczej, uczciwiej, mądrzej. Mój dyrektor, pseudo hipis ma tez nieco inne upodobania, strasznie lubi rozbierać chłopców i patrzeć jak rzucają swe wymiociny. Taka moda w teatrach, że teraz Hamlet musi świecić gołym tyłkiem, bo tylko wtedy jest prawdziwy, zamiast się łamać w być, czy nie być. Ja zbytnio drażnię swego naczelnego hipisa, nie noszę wymiętych swetrów z gąszczem brudnych włosów spod których wystaje tylko czubek nosa. Włosy noszę jak kobieta, sukienki noszę jak kobieta, patrzę i chodzę jak kobieta i ciesze się, że mogę wybrać szlachetność, prawdę, uczciwość i piękno. No i cóż. Wolę Dostojewskiego i Czechowa od współczesnego tyłka modnego Hamleta. Rozpacz? Jeszcze nie, przyjdzie chwilę później, wracam do domu rycząc jak krowa. Co ja zrobię? Gdzie ja znajdę nową pracę? Jeszcze nie martwię się tak bardzo, bo wydaję mi się, że nową lepszą pracę znajdę ot tak, w trymiga. Paluszek pstryk i spłynie na mnie ta kareta, w którą wsiądę dzierżąc w ręce cudne berło i jak zaczarowana Alicja przez ten świat będę gnać.

I staję się bezrobotną. Bezrobotna-statystyczny numer w urzędzie. Pierwsze miesiące są bardzo trudne, wysyłam wszędzie to swoje cv, nikt, żaden z dyrektorów się nie umawia, nie spotyka z aktorami. Wreszcie jest jeden. Dyrektor z Katowic Całkiem miły, trochę taki Woody Allen. Jadę pociągiem z pełną nadzieją, bo teatr,teatr… Nikt kto nie kocha tego miejsca, nie zrozumie jak wielki ono ma sens, jak wiele ludziom może dać. Kiedy twoje stopy dotykają tych desek, gdy czujesz każdą jej część, która przechodzi coraz wyżej. Wypełnia Cię, którą wylewasz ludziom jak sznur pereł kiedy wchodzisz w inny lepszy świat, bezpowrotnie na ten czas. Dyrektor troszkę nerwowy, odpala papierosa, za papierosem, pokazuje szafę wypchana zgłoszeniami-Tak, tak, wspaniałe role, bardzo Pani mnie intryguje, poszukam czegoś, coś pani dam. I jestem tak szczęśliwa, moja nadzieja tryska, gdy po chwili, zwalniają mojego Wody Allena. Sekretarka z drwiną mówi, że nowy dyrektor nie przeprowadza rozmów, proszę wysłać swoje cv, jeśli dyrektor będzie zainteresowany na pewno się z panią skontaktuje. To samo sekretariat pierwszy, drugi, trzeci, dziesiąty i nie chce mi się już, mam dość. Bezrobotni aktorzy, może jakbym była gwiazdą” Klanu”albo innej treli noweli, wtedy owszem, wtedy tak, wyślij zdjęcie a dyrektor przeniknie Twoją wrażliwość, fragmenty duszy, tembr głosu, no trudno,jestem bezrobotną aktorką, która jakoś nie umie tymi łokciami, że ja mi, we mnie i mną. Pomału zaczynam się czuć niewygodnie w tym nowym fotelu, który społecznie nazywa się bezrobociem. Ja Elwira z Don Juana,uniesienie noszone we mgle. Szukam pracy. Codziennie enter klik, portal taki, ogłoszenie takie, no mam coś łódzki kardiochirurg poszukuje asystenki z wykształceniem związanym z kulturą szeroko pojętą, łapie się, pisze, że ”ą” i że ja ”ę”. Zaprasza mnie na rozmowę. Idę, wszystkie panie tam obecne jak mis, każda w ręku dzierży berło wszech czasów laptop, nowa broń masowego rażenia. Pan oczywiście ubrany, uczesany, bon ton. Potrzebuje elokwentnej asystentki, która zabawiałaby lekarzy na sympozjach, gdzie ten lekarz przedstawia bajpasy, niemieckiej firmy, żeby inni lekarze z tą właśnie firmą podpisali kontrakt na nfz, jakieś trzy tysiące i płacone za wyjazdy. Lekarz pyta – A czy byłaby Pani gotowa, spakować się rano i wylecieć na Karaiby. Wytrzeszczam oczy i chyba minę mam tak głupią, że od razu dyskwalifikuje mnie w oczach tego” dygnitarza”-Jak to po co? Na falę się pogapić, drinka się napić. Tak, mój wyraz twarzy był na tyle demaskujący, że pan lekarz nie zadaje mi więcej pytań i odfruwa mi ta pensja i Karaiby oczywiście, które są prezentem dla lekarzy, że właśnie ta firma wygrała przetarg. Lekarze chcą się upić, całkiem kulturalnie, z panią, która między drinkiem drugim a piątym opowie im coś o tym obrazie, przedstawi modną powieść, co trzeba wiedzieć, co nie, a potem, aż strach pomyśleć, co potem, a może jednak kulturalnie..? Nie nadaję się na asystentkę.

Mijają dni, miesiące, podejmuje pracę w zbutwiałej herbaciarni, przecież z czegoś trzeba żyć, a ja właściwie poza tym graniem niewiele umiem. Herbaciarnia 5 na 5, łącznie razem ze 30 metrów, zapleczem, i toaletą. Na sali głównej upchanej z dziesięć stolików, ze sto obrusików, serwetek, świeczek, suszków porozwieszanych gdzie się da, stare dywany, a raczej resztki z dywanów, kurz, półmrok, pajęczyny- dziesięć godzin, sześć złoty za godzinę , jedenasta za darmo, sprzątanie, liczenie kasy, dwa dni pracy, dwa dni wolne i przez dziesięć godzin ta sama płyta z muzyką relaksacyjną, od której kręci się w głowie, zapadły, brudny fotel i kasa fiskalna tak malutka żeby się człowiek nie przestraszył. Do wyboru 50 herbat szum jaśminy, rajski ogród, cynamonowa rozkosz i inne takie tam cudowności z roiboschu. Na zmianę pracuję z emerytką panią Alicją, której wydaje się, że wciąż jest Łęcką z lat swojej świetności i wciąż zostawia mi” wzruszające” liściki na biurku, albo czymś co ma je przypominać : ” serwetka źle przekręcona”, ”wazonik stał całkiem pośrodku”, ” łyżeczki do herbaty stawiamy w zmywarce, zawsze rączką do góry”, ” na lampioniku była niedomyta plama”. Pani Alicja myśli, że pracuje w Bristolu co najmniej, a nie w starej piwniczce, w której nie ma okien tylko jakby strzechy drewna miały się walić na łeb. Miłosne liściki od pani Ali dobijają mnie, chociaż staram się ją zrozumieć, dobija mnie to miejsce, w którym brak powietrza, które zabiera mi mój życiowy tlen, coś, co pcha mnie gdzieś do przodu, gdzieś z nadzieją. Ryzykuję, odchodzę i tak z tego żyję za grosze.

Znów jestem bez pracy, starsza sąsiadka, której przez chwilę przenoszę obiady za pięć złoty, poleca mnie koleżance, która potrzebuje osoby do sprzątania. Pojawiam się razy dwa. Zadziwia mnie starość. Niezwykłą umiejętność mają ci starsi ludzie. Chcą tylko kupić za pięć złoty Twój czas. Wyszorować kuchenkę nie mytą od lat, zadręczyć sobą, oblewać opowieściami naszykowanymi przez życie, mówionymi wciąż, i wciąż. W starszych ludziach rzadko jest miejsce na dialog, jest tylko napęd, że ja w 49r., a ja w 78r., czy mówiłam Ci , jak byłam wtedy tu…, jak byłam wtedy tam.., wessać się w kogoś drugiego, zadręczyć, zadręczyć, jeszcze tylko raz opowiedzieć, że byłam, ze jestem, żeby życie mnie zapamiętało, żebym tylko nie zginęła, gdy tylko zamknę drzwi , w tych pustych ścianach, które są jedynymi świadkami ich istnień, zadręczyć najbardziej jak się da. Zadziwia mnie starość. Może być wredna, pełna wewnętrznego bólu, goryczy niespełnienia, z wylaniem swego pokruszonego już serca ,a może być mądra, szlachetna. Mali, skłębieni ludzie, nikomu dziś niepotrzebni, zapomniani, a przecież oni tylko chcą, żeby o nich pamiętać, uśmiechnąć się do nich, zapytać jak się czują, posiedzieć chwilę, chcą czuć się potrzebni, wzrusza mnie ukochana babcia, wzruszają mnie starsi ludzie, ich przerażone, kurczące się spojrzenia, nadzieja na pomoc, ich bezradność, kruchość, nieporadność. I te oczy, które boją się każdego zaskakującego momentu tej bezwzględnej dziś rzeczywistości. Tak widzę, tych przechylonych ku ziemi starszych ludzi, którzy milczą wobec dzisiejszego dnia, brak im słów, na to, jak żyje dziś świat. Ci staruszkowie, którzy przepuszczą nas w drzwiach do marketu i skiną głową na powitanie. Którzy noszą w sobie historię i czas.

Moja sąsiadka też wygląda na roześmianą staruszkę, ale czasem…, czasem często zamienia się w wilkołaka, który został całkiem sam, co pożera mnie, co zadręcza mnie. Wilkołak zjada jak mol cichutko, niewidocznie, ona sama zawsze od niechcenia, wyrzuć jej śmieci, pójdź po zakupy, że zaniemogła, i zadręczyć, nie pytać o nic, wypoleruj jej szkła, ona siedzi w fotelu jak żona łódzkiego fabrykanta i kupuje Twój czas, potem wciska Ci cztery monety w postaci pięciu złotych każda, nawali w pieluchę, i w opowieściach zahipnotyzowana trwa. Proszę ją żeby otworzyć okno, – Ależ skąd, operowym głosem znudzonej żony fabrykanta. Starsi ludzie nie lubią wietrzyć mieszkań, wpuszczać do domu, nowego oddechu, ich za stęchłe pokoje w przeszłości muszą trwać. Nie dam rady już wyszorować najmniejszej nawet pokrywki z porcelany, dusi mnie to, co skrywa pielucha. Czy ona nie czuję? Opuszczam już moje kolejne źródło utrzymania. Za harowanie, mycie, sprzątanie, za zadręczanie dwadzieścia złoty. Jak można przeżyć za dwadzieścia złoty? A jednak można kupić masło i chleb, i żyć jak cichy nędzarz. Sąsiadce pomagam już sporadycznie, bo nie mam serca tak całkiem, powiedzieć nie.

Był jeszcze chiński market odzieżowy. Człowiek w desperacji podejmie każdą pracę, by jakoś przeżyć. Wytrzymałam tam tylko chwilę. Chińska właścicielka wciąż na mnie po chińsku krzyczała, wtrącając dwa wyuczone po polsku zaklęcia” śypko, śypko” i kiedy źle naklejam cenę na koszulku made in china, który już w rękach mi się rozlatywał, warczała jak pies ” nie masz oczi, idź lekarza”. Przerw na posiłki nie było, kanapki jadło się w toalecie. Podczas kolejnej porcji przyjęcia chińskich rarytasów, plastikowych torebek, mąż Chinki, jak na męża przystało, wrzeszcząc również ” śypko, śypko, ty mazyć o takie torebki, ty tylko mazyć” . Mąż Chinki znał nieco więcej słów, nie wytrzymałam, wybiegłam i nie wróciłam.

Okropny czas. Człowiek podły, mały, ten, kto stoi wyżej w hierarchii społecznej zawsze Ciebie zje, zwłaszcza wtedy, gdy nie masz nic, gdy musisz wziąć cokolwiek, żeby jakoś żyć. Człowiek najemca ma chińskich torebek i butów w bród, żony fabrykantów, porcelanowych serwantek do pucowania całe dwie serwantki.

Jesteś zostawiony przez swój dawny świat, zapomniany, lekko wypchnięty poza czas. Czy Pan Bóg zapomina przydzielić nam wtedy naszej porcji szczęścia, opieki, błogosławieństwa, czemu wielu z nas musi przejść hiobowy los? I jak wciąż wierzyć, kiedy po kolei Bóg zamyka drzwi, Twoich marzeń, prawd?

Wykluczenie przychodzi pomału, wkrada się w nasze życie poprzez zapomnienie tych, z którymi kiedyś głośno się śmiałaś w obleganej kawiarence na caffe latte, kiedy wystawy sklepów są wyspą tak odległą, jak dla innych Mars, wkrada się poprzez noszoną już ósmy rok z rzędu tą samą jesionkę z podszewką zdartą, od wrażeń minionych lat. Wchodzi poprzez samotność, bo nie stać cię już na klownowski smilley. Przychodzi po cichu, gdy przestajesz słyszeć pukanie do drzwi, a Twego domu nie wypełnia już zapach ciasta ze śliwkami, które tak lubiłaś, ani innych wykwintnych bądź zwyczajnych dań. Kiedy nie możesz powiedzieć ludziom jak piękny jest świat, bo masz stos nie zapłaconych rachunków, bo wciąż Cię straszą, że wyłączą Ci prąd, już czwarta z kolei wiadomość, że minął termin zapłaty…Ten ciągły lęk, strach. Głód nie boli tak bardzo, z czasem inaczej smakuje suchy chleb, szare mydło zamiast palmolive wystarczy. Zabrakło tylko ludzkich serc. Nikt, kto nie doświadczył tej dżumy wykluczenia, nie wie czym jest ta otchłań bez dna, bo nie powiesz ach u mnie dziś w pracy…, a Jola, Mariola zrobiła taką rzecz. Uwierzysz? Ty się patrzysz przez okna na świat, tak byś chciała być jedną z tych mijanych na ulicy, która skądś, dokądś, po coś, z uśmiechem, zmartwieniem, wkurzeniem. Ciebie grzecznie omija świat. I znów rano portal taki, ogłoszenie takie, praca taka: ” Dziękujemy za wysłane cv, jeśli dyrektor będzie zainteresowany na pewno zadzwonimy do pani”.Słyszysz to już setny raz, i nie chcesz już nic, i nie masz już sił, by próbować kolejny raz. Po co ci wtedy radość, wrażliwość, zachłanność, ciekawość na świat? Po co ta piękna z witryny sukienka?

Co chce powiedzieć Ci On? Zmruż oczy, chwyć słońce, usłysz wiatr.

Zresztą już dawno przestałam ubierać się w sklepach. No, czasem była miłość miała dla mnie hojny gest, płaszcz z wełny wielbłąda, spodnie Pierre Cardin, albo jakieś inne Clainy, pierścionek z brylantem. Miłość zamożna była inaczej kochać nie umiała. O jakie to rozkoszne zamienić się znów na chwilę w roześmianą z głupot kobietkę, bez zmartwień, bez trosk. Zapomnieć o tym, że nic przede mną i w modnej restauracji łapczywie rybkę jeść. Być w rajskich kurortach, kłamać, że mam, kłamać, że jestem jedną z was, z milionami na głowie różnych spraw. Trzepotać rzęsą i podziwiać świat. Cudne iluzje a potem mat. Miłości mej uwieram tą bezimiennością swoich dni. Miłość ma niezobowiązującej wygody chce, znów wpadam w otchłań bez dna.

Możesz uwielbiać piękne rzeczy, być miłośnikiem sztuki użytkowej, ale gdy nie masz nic, schodzisz pomału tup, tup, paryski dom mody- Secend Hend, więc, gdy wpadł jakiś grosz zaglądałam tam. Kaszmirowe swetry -4 zł, jedwabna sukienka 27, no to było już czyste szaleństwo, ale jednej wizyty w tamtym miejscu nie zapomnę. Za rogiem obok mnie odzież zachodnia, nowa dostawa w poniedziałek 56 zł za kilogram- tłumy, wtorek 46, środa 36, czwartek 26, w niedzielę jest dzień za złotówkę, ale rzadko znajdziesz coś więcej poza podartymi, starymi szmatkami. I tak czwartek na zakupy to jest dobry dzień, jeszcze coś się wynajdzie zza sterty wieszaków. Oczywiście bardzo ostrożnie ważę każdą rzecz, sweter 7,20 och, spodnie nowe bym chciała 12 zł, odkładam, 12 zł jednak zrobię za to zakupy na parę dni, ale sweterek wezmę, taka piękna wełna, prawie nienoszony, wezmę i już. Zwycięskim krokiem idę do kasy i nagle ona. Drobna kobieta, wiek około pięćdziesięciu lat, ubrana cała chyba za niedzielny sort, ale czysta, zamyślona, schowana w rogu patrzy, dotyka skarpetki, zwyczajne, używane, frotowe skarpetki, i tak nieśmiało przymierza, patrzy czy dobre. Mój Boże myślę, ile mogą ważyć dziś te skarpetki 50 groszy. Ściąga je, trzyma i myśli, wrzucić je do koszyka czy nie? Bezimienna moją ma twarz. Nie mogę patrzeć bo serca mi pęka i dziś czuję się jak bym opuszczała paryski dom mody, bo przecież dziś stać mnie na ten sweterek. Ludzie biedni wyczuwają się nawzajem, jest między nami pozawerbalny język, szósty zmysł. Nie musimy patrzeć sobie w oczy, ani zadawać niepotrzebnych pytań, by wiedzieć, by czuć. Nic nam nie da współczucie, my to jakby osobny byt. Bezimienni, których mijasz co dnia, godzinami patrzą w okno by widzieć życie, usłyszeć fragment rozmowy, czyjś śmiech, ciągle gdzieś bez celu chodzą, świętem w dzień jest wyjście do sklepu, z odliczoną kwotą na chleb. Bezimiennego boli każdy nerw w ciele, z tej rozpaczy, z tej beznadziei, że się nie umieli wsiąść do właściwego pociągu, oni ciągle czekają na swej stacyjce, tylko ten tępy ból. O bezimiennych zapomniał świat, i przyjaciele już dawno przestali dzwonić, bo przecież u nich wycieczki, zakupy, i och, jaki wstrętny ten świat. A wykluczeni już nic nie mówią, co kogo obchodzi ich los, ich czas porażki, przepaści czas, jakby od środka zżerał ich trąd. Przestają więc mówić, że w lodówce często nic poza światłem, trzy ziemniaki, porwana kurtka, ale wciąż rano uśmiechają się do sąsiadów, by nikt nie domyślił się tak bardzo, że do nas w nocy nad ranem przychodzi sen, częściej kusi nas, by spaść w czarną przestrzeń, jeszcze niżej, bez dna, i nawet płacz staje się martwy. Nikt nie lubi takich ludzi zadżumionych, odrzuconych, niepotrzebnych, wyplutych przez świat. Omijamy ich, bo gryzą jakimś grymasem nieszczęścia,może jeszcze zarażą nas tym, odwracamy szybko od nich wzrok, a często nie chcą się jeszcze tak całkiem przewrócić, często podnoszą brodę do góry jakby mówili swe imię i mają dumną twarz, szlachetną twarz, pełną bólu, ale też pełną nadziei. Miłości czystej, źródlanej, płynącej z poparzonych ran. Mają często błysk w oku, rodzaj pasji, niemal szaleństwa.

Na jednym z kursów dla bezrobotnych organizowanym przez urząd pracy. Takich kursów, gdzie siedzą wszystkie te niedorajdy bezrobotne, bez przednich zębów, co mówią niskim głosem, sylaby o sobie bez zdań. Prości ludzie wśród nich on. Jakiś chuderlawy, po pięćdziesiątce pan, o zmęczonej twarzy, w starej skórzanej kurtce, jeszcze starszych spodniach, z plastikowa reklamówką na bułkę, taką ogromną pszenną bułkę, zawsze w kąciku. Nic nie mówił, spuszczona, szara twarz, zgarbione ramiona, cichutki jak cień. Bezimienny. Prowadząca pyta grupę, stosując jakieś psychologiczne triki, próbuje wydobyć z niego jakikolwiek dźwięk. – Co pan najbardziej lubił w swojej pracy? Pyta łagodnym głosem tak, jak tylko psycholog potrafi zapytać najbardziej pobitego przez los, jakby był niepełnosprawny, jakby nie można było normalnie. – Przerwę, bąknął ze złości, czerwieniąc się, a pracował wcześniej jako specjalista do maszyn włókienniczych. Fabryki upadły, tekstylia też, Łódź miastem biedy, bezimiennych pełna jest Łódź. – No, ale jak się ta przerwa skończyła? Drąży dalej terapeutka,- To wtedy co? Albo jak się maszyna zepsuła, to wtedy jak? I nagle ten chuderlawy, szary pan prostuje ramiona, wypina pierś. – Jak się zepsuły? I para w ruch, cała opowieść jak wkracza w te maszyny, jak robotnice drżą, jak naoliwia, jak uruchamia, jak wie co zrobić, jak o kochance wyśnionej ze snów. Błyszczą mu oczy, bucha w nim ogień. Maszyny, stare włókiennicze maszyny,jego miłość. Tyle żaru, pasji dawno nie widziałam. Zadżumieni biedą kochają mocniej, głębiej. Dzięki takim ludziom, jak ten człowiek z plastikową reklamówką, za którym nikt nie obejrzy się na ulicy, bo mamy gdzieś przygarbionych, podeptanych, dzięki ich pasji istnieje świat. Dlaczego Bóg nam tą miłość odbiera? Czemu wyrzuca poza nawias?

W poszukiwaniu pracy wydrapuję jeszcze z gardła Urzędowi Pracy staż w prokuraturze. Próbuję się przekwalifikować na pracownika biurowego, 840 zł całego majątku miesięcznie, i biegnę co rano, wciąż patrząc w niebo, wymyślając to kolejne odsłony swojego życia, że w końcu wreszcie gdzieś, jakiś mój ukochany teatr musi być, że miłość zła uczy się i stara się dobrą być. W Prokuratorze przywitają mnie dwie na co dzień całkiem wredne panie, jedna z ciałem miękkim od nadmiaru tłuszczu, z twarzą podobną do pyszczka pekińczyka, co głośno mlaska jedząc swoją porcję pszennego posiłku, druga tak zamknięta na klucz, że jej językiem stają się półuśmiechy, częściej ma jednak kamienną, urzędniczą twarz.

Urzędniczy świat. Przepływ, obieg, ewidencja dokumentów, wszystko ma swój numer, rejestr i ład, i pieczątka w ruch, i podpis buch, w exelu rubryka, i enter, i ciach. Czy zauważyliście, że wszystkie urzędniczki są do siebie podobne na swój sposób? Znudzone twarze, mrukliwy, ważny ton, – Nie da się proszę pani, – Proszę przyjść za tydzień, – Brakuje pięciu podpisów. Żadna nie pomoże przejść przez ten gąszcz napisany mikroskopijnym drukiem, językiem dla Sokratesa co najmniej. Na stażu mija mi tak pół roku. Przynieś, podaj, pozbieraj, poukładaj, najlepiej rozpłyń się we mgle. Panie urzędniczki, które posiadły wiedzę tajemną, ani myślą o drobinę się z tobą podzielić, bo są takie ważne panie urzędniczki. Wiedzą jak zewidencjonować dokument nr.1202. I tak popychana, szturchana, ja Frózia, Rózia, ja Rachel z Wesela błąkam się wśród półek z aktami na których rozpisane są dramaty ludzkich dusz. I myślę wieczorem o tej pobitej kobiecie, i myślę o maltretowanym chłopcu, o wszystkich ludzkich porażkach zapisanych na każdej ze stron przepastnych akt.

Już wiem, że nie potrafię tak, że to nie to. Ludzie martwi, pracują tak osiem godzin, stemplują, podpisują, księgują, enterują. Tak odległy, skostniały to dla mnie świat, gdzie ważność ma dokument, nie człowiek. W krainie papieru króluje fakt.

Jestem już zmęczona, wciąż szukam pracy. Kierownik z urzędy pracy, z czystej sympatii i politowania podaje mi skierowanie do nowo powstałej agencji pracy, która powstała ze środków unijnych. Cechuje je indywidualne podejście do takich bezrobotnych…

Kamila Wojciechowicz

Jeśli podobał Ci się przekaz Skrzydeł Duszy i wniósł w Ciebie coś wartościowego, możesz nam udzielić wsparcia na rozwój bloga. Dziękujemy : )
Wspieram

Lub tradycyjnie na konto: 51 1020 2791 0000 7202 0023 8006

Dodaj komentarz

Close Menu